niedziela, 31 stycznia 2016
Dziewczyna, która pływała z delfinami Sabina Berman
Myślałam nad tą książką długo i ciągle do końca nie wiem, co napisać.
Krótko i w sedno: nie zachwyciła.
Ale i nie okazała się totalnym dnem, jak przewidywałam po kilkunastu pierwszych stronach.
Ponieważ nie wiem, od czego zacząć, zacznę od początku i tego, co nie wypaliło.
Przede wszystkim książka ma tyle wspólnego z delfinami, ile Czerwony Kapturek z kapturkiem - są. A oryginalny tytuł (La mujer que buceo dentro del corazon del mundo) tyle wspólnego z jego polskim tłumaczeniem, co osławiony Dirty dancing z Wirującym seksem. Porażka.
Całość zaniża samo fizyczne wydanie Znaku (2011), w którym wszystkie liczby i cyfry pisane są matematycznie, a nie słownie. Zła maniera, z którą spotkałam się w literaturze fabularnej po raz pierwszy, a dla której nie znalazłam wytłumaczenia w tekście. Czyta się to źle i rozbija koncentrację.
Bohaterka, Karen, jest specyficzna. Ale to nie sam jej autyzm czyni ją taką, a bardziej to, jak przez pryzmat tego zaburzenia wygląda jej świat. To jej suche, realne spojrzenie sprawia, że jest tak ciekawa. Widzi rzeczy w sposób, w który my, neurotypowi, nie widzimy - tak jakby zdjąć z siebie wszystkie filtry emocji i empatii.
[...] twoja wrażliwość na niuanse sytuacji jest taka jak u małpiszona.
Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak wygląda świat oczami autystyka, to raczej polecam "Nikt nigdzie" Donny Williams, autorki, która sama dotknięta jest autyzmem. Chociaż do pewnego stopnia "Dziewczyna..." może być fajnym dopowiedzenim tematu, ale nie traktowałabym jej jako pozycji przewodniej.
Podsumowując - powiedziała ciotka - w 90% kryteriów standardowej inteligencji plasujesz się gdzieś między imbecylizmem a idiotyzmem, jednak w 10% jesteś na samym czubku populacji.
Wydanie: Znak, 2011
Tłumaczenie: Małgorzata Moś
Tytuł oryginału: La mujer que buceó dentro del corazón del mundo
piątek, 25 lipca 2014
Młyn nad Czarnym Potokiem Anna J. Szepielak
Wreszcie koniec.
Lekkie zapychające czas czytadło ze spapraną historią.
Niestety, zakończenie w dobrze poprowadzonej powieści obudziłoby nieco większe emocje niż podniesienie brwi (w dodatku jednej, gdybym potrafiła podnieść tylko jedną), a byłam tak zmęczona tym laniem wody, że nawet nie chciało mi się zdziwić. A było(by) czym.
Nie napiszę, że akcja toczy się leniwie, bo w moim języku recenzenckim to właściwie pozytyw. Tutaj wlecze się, czasem pozornie nabierając tempa, a potem zostaje przyhamowana do poziomu "Nad Niemnem". Koszmar. Po którymś z kolei takim numerze zaczęło mnie to zwyczajnie nudzić i coraz bardziej traciłam zainteresowanie.
Poza tym, przyznaję, główna bohaterka budziła we mnie głównie irytację. Nie dotykaj, bo stłuczesz, nie biegaj, bo się spocisz, nie ruszaj, bo się pobrudzisz, nie i nie. Tak irytująca nadopiekuńczość w stosunku do własnego dziecka (nawet jeśli czasem uzasadniona) w połączeniu z jej prywatnymi, nie mniej irytującymi, przemyśleniami stworzyła wizję osoby, z którą w realnym życiu nie wytrzymałabym pięciu minut. Tymczasem przyszło mi spędzić z nią kilka godzin i chociaż tylko na kartach książki, zmęczyła mnie okropnie.
Może co bardziej zapalona kucharka wyciągnie dla siebie jakieś przepisy kulinarne i chociaż to nie będę ja, to uważam, że to jedyna zaleta tej powieści. Skończyłam ją z ulgą i nazwisko autorki umieszczę za szybką z napisem "sięgać tylko w akcie desperacji".
A, i tajemnica, no przecież! E...cóż, pływa w tak rozrzedzonych konfiturach, że właściwie mogłoby jej nie być. Byłaby świetnym materiałem... ale na inną książkę.
Wydanie: Nasza Księgarnia, 2013
Lekkie zapychające czas czytadło ze spapraną historią.
Niestety, zakończenie w dobrze poprowadzonej powieści obudziłoby nieco większe emocje niż podniesienie brwi (w dodatku jednej, gdybym potrafiła podnieść tylko jedną), a byłam tak zmęczona tym laniem wody, że nawet nie chciało mi się zdziwić. A było(by) czym.
Nie napiszę, że akcja toczy się leniwie, bo w moim języku recenzenckim to właściwie pozytyw. Tutaj wlecze się, czasem pozornie nabierając tempa, a potem zostaje przyhamowana do poziomu "Nad Niemnem". Koszmar. Po którymś z kolei takim numerze zaczęło mnie to zwyczajnie nudzić i coraz bardziej traciłam zainteresowanie.
Poza tym, przyznaję, główna bohaterka budziła we mnie głównie irytację. Nie dotykaj, bo stłuczesz, nie biegaj, bo się spocisz, nie ruszaj, bo się pobrudzisz, nie i nie. Tak irytująca nadopiekuńczość w stosunku do własnego dziecka (nawet jeśli czasem uzasadniona) w połączeniu z jej prywatnymi, nie mniej irytującymi, przemyśleniami stworzyła wizję osoby, z którą w realnym życiu nie wytrzymałabym pięciu minut. Tymczasem przyszło mi spędzić z nią kilka godzin i chociaż tylko na kartach książki, zmęczyła mnie okropnie.
Może co bardziej zapalona kucharka wyciągnie dla siebie jakieś przepisy kulinarne i chociaż to nie będę ja, to uważam, że to jedyna zaleta tej powieści. Skończyłam ją z ulgą i nazwisko autorki umieszczę za szybką z napisem "sięgać tylko w akcie desperacji".
A, i tajemnica, no przecież! E...cóż, pływa w tak rozrzedzonych konfiturach, że właściwie mogłoby jej nie być. Byłaby świetnym materiałem... ale na inną książkę.
Wydanie: Nasza Księgarnia, 2013
Chata William P. Young
I stało się odrobinę jaśniej.
"Chatę" czytałam na przemian ze wzruszeniem i wzburzeniem - czyli reagowałam dokładnie tak, jak bohater. Pytania i odpowiedzi - odpowiedzi rodzące kolejne pytania, odpowiedzi wywołujące falę sprzeciwu i w końcu odpowiedzi otwierające drzwi i okna, wpuszczające świeże powietrze do naszych skostniałych poglądów, zacietrzewionych umysłów karmionych religijną (i antyreligijną) propagandą.
I wierzcie mi, niekoniecznie trzeba być osobą głęboko wierzącą, żeby ta książka uderzyła w czułe struny duszy. I życia. I nie trzeba też pragnąć przemiany, nie trzeba szukać odpowiedzi, nie trzeba nawet zadawać pytań: bohater zadaje je za nas, Bóg odpowiada, a przemiana... no cóż, to raczej za mało na radykalną zmianę poglądów, ale na tyle dużo, żeby spojrzeć na Boga nieco inaczej i być może otworzyć mu furtkę nieco szerzej.
Było kilka zgrzytów, w których poczułam, jakby autor traktował mnie jak przygłupa: kilka zbędnych komentarzy i pytań bohatera, kiedy to, co obserwował, było aż nadto oczywiste i nie potrzebowało nazwy, a w każdym razie nie w takiej formie.
Kilka razy miałam łzy w oczach i cały czas czułam, że nowotestamentowego przesłania nie da się przetłumaczyć, wytłumaczyć piękniej i przystępniej. I TAKI Bóg naprawdę jest bliższy, TAKI Bóg staje się bardziej zrozumiały, chociaż to przecież i tak tylko mała cząstka w ogromnym świecie teologicznych zakrętów.
Nie napiszę, że zaszła we mnie jakaś rewolucja. Ale na pewno kilka szufladek w mojej głowie się otworzyło i zapaliło się nowe światło, które oświetla tę trudną relację człowiek - Bóg.
Wydanie: Nowa Proza, 2009
Tłumaczenie: Anna Reszka
Tytuł oryginału: The Shack
"Chatę" czytałam na przemian ze wzruszeniem i wzburzeniem - czyli reagowałam dokładnie tak, jak bohater. Pytania i odpowiedzi - odpowiedzi rodzące kolejne pytania, odpowiedzi wywołujące falę sprzeciwu i w końcu odpowiedzi otwierające drzwi i okna, wpuszczające świeże powietrze do naszych skostniałych poglądów, zacietrzewionych umysłów karmionych religijną (i antyreligijną) propagandą.
I wierzcie mi, niekoniecznie trzeba być osobą głęboko wierzącą, żeby ta książka uderzyła w czułe struny duszy. I życia. I nie trzeba też pragnąć przemiany, nie trzeba szukać odpowiedzi, nie trzeba nawet zadawać pytań: bohater zadaje je za nas, Bóg odpowiada, a przemiana... no cóż, to raczej za mało na radykalną zmianę poglądów, ale na tyle dużo, żeby spojrzeć na Boga nieco inaczej i być może otworzyć mu furtkę nieco szerzej.
Było kilka zgrzytów, w których poczułam, jakby autor traktował mnie jak przygłupa: kilka zbędnych komentarzy i pytań bohatera, kiedy to, co obserwował, było aż nadto oczywiste i nie potrzebowało nazwy, a w każdym razie nie w takiej formie.
Kilka razy miałam łzy w oczach i cały czas czułam, że nowotestamentowego przesłania nie da się przetłumaczyć, wytłumaczyć piękniej i przystępniej. I TAKI Bóg naprawdę jest bliższy, TAKI Bóg staje się bardziej zrozumiały, chociaż to przecież i tak tylko mała cząstka w ogromnym świecie teologicznych zakrętów.
Nie napiszę, że zaszła we mnie jakaś rewolucja. Ale na pewno kilka szufladek w mojej głowie się otworzyło i zapaliło się nowe światło, które oświetla tę trudną relację człowiek - Bóg.
Wydanie: Nowa Proza, 2009
Tłumaczenie: Anna Reszka
Tytuł oryginału: The Shack
Muzyka Plaży Pat Conroy
Moje oko wychwyciło w opisie na okładce słowo "Holokaust". I to była
decydująca przyczyna, dla której książka znalazła się na mojej półce.
Dawno już przestałam wierzyć przesłodzonym recenzjom, jakie wydawnictwa
drukują na wydawanych przez siebie książkach.
Surfowałam po tej powieści jak jej młodzi bohaterowie po niespokojnych wodach Atlantyku: raz byłam na fali, innym razem musiałam przedzierać się przez nią, starając się, by mnie za bardzo nie podtopiła monotonia kolejnych stron. Nic nie poradzę jednak na to, że wodne tło mnie nudzi. Pewnie dlatego nigdy nie przebrnęłam przez "Moby'ego Dicka"...
Książka zaskakiwała mnie w zasadzie na każdym kroku. Każda podróż w przeszłość otwierała nowe okno na teraźniejszość, oświetlała jaśniej bohaterów i pozwalała zajrzeć w głąb tego, czego doświadczali, najczęściej w samotności łykając ból wspomnień, których strzegli niczym największego tabu, a które niszczyły ich i ich bliskich.
Pokochałam głównego bohatera i narratora, Jacka, a raczej jego cięty i trafny dowcip w każdych warunkach. Polubiłam jego pogmatwane życie, w jego przemyśleniach odnajdując siebie i swoje własne myśli. Polubiłam jego filozofię życia, chociaż wiem, że nie była ani prosta, ani idealna.
Co w tej książce zachwyca, to nieustanne przeplatanie się łez z niemal histerycznym śmiechem. Chociaż ostatnie 30 stron czytałam wyłącznie przez łzy, bynajmniej nie ze śmiechu, i nie pamiętam książki, która na tak niewielkiej ilości stron, tyle razy napełniła wilgocią moje oczy.
"Muzykę plaży" czyta się lekko, a jej przeszło 700 stron pozwala zanurzyć się w jej historię na nieco dłużej niż jeden wieczór. Świetnie prowadzona narracja dotykająca na przemian teraźniejszości i przeszłości nieuchronnie wiedzie do jednego punktu, który jest jawnym wyznacznikiem końca od niemal samego początku.
I powiem tak: chociaż sięgnęłam po książkę nieznanego mi wcześniej autora, z ironicznym uśmiechem czytając na każdej jego pozycji, że jest tą jedyną i wspaniałą, wiem, że sięgnę po kolejne. Nawet jeśli w opisie nie znajdę żadnych słów-kluczy.
Wydanie: Albatros, 2010
Tłumaczenie: Andrzej Szulz
Tytuł oryginału: Beach Music
Surfowałam po tej powieści jak jej młodzi bohaterowie po niespokojnych wodach Atlantyku: raz byłam na fali, innym razem musiałam przedzierać się przez nią, starając się, by mnie za bardzo nie podtopiła monotonia kolejnych stron. Nic nie poradzę jednak na to, że wodne tło mnie nudzi. Pewnie dlatego nigdy nie przebrnęłam przez "Moby'ego Dicka"...
Książka zaskakiwała mnie w zasadzie na każdym kroku. Każda podróż w przeszłość otwierała nowe okno na teraźniejszość, oświetlała jaśniej bohaterów i pozwalała zajrzeć w głąb tego, czego doświadczali, najczęściej w samotności łykając ból wspomnień, których strzegli niczym największego tabu, a które niszczyły ich i ich bliskich.
Pokochałam głównego bohatera i narratora, Jacka, a raczej jego cięty i trafny dowcip w każdych warunkach. Polubiłam jego pogmatwane życie, w jego przemyśleniach odnajdując siebie i swoje własne myśli. Polubiłam jego filozofię życia, chociaż wiem, że nie była ani prosta, ani idealna.
Co w tej książce zachwyca, to nieustanne przeplatanie się łez z niemal histerycznym śmiechem. Chociaż ostatnie 30 stron czytałam wyłącznie przez łzy, bynajmniej nie ze śmiechu, i nie pamiętam książki, która na tak niewielkiej ilości stron, tyle razy napełniła wilgocią moje oczy.
"Muzykę plaży" czyta się lekko, a jej przeszło 700 stron pozwala zanurzyć się w jej historię na nieco dłużej niż jeden wieczór. Świetnie prowadzona narracja dotykająca na przemian teraźniejszości i przeszłości nieuchronnie wiedzie do jednego punktu, który jest jawnym wyznacznikiem końca od niemal samego początku.
I powiem tak: chociaż sięgnęłam po książkę nieznanego mi wcześniej autora, z ironicznym uśmiechem czytając na każdej jego pozycji, że jest tą jedyną i wspaniałą, wiem, że sięgnę po kolejne. Nawet jeśli w opisie nie znajdę żadnych słów-kluczy.
Wydanie: Albatros, 2010
Tłumaczenie: Andrzej Szulz
Tytuł oryginału: Beach Music
czwartek, 13 marca 2014
Chłopiec z latawcem Khaled Hosseini
Ciężki kawałek afgańskiego świata. Świata o mentalności tak odmiennej od naszej, że sama jego obserwacja, bez dodatkowych spektakularnych wydarzeń, potrafi zjeżyć włos na głowie i nadkruszyć zęby od zgrzytania.
W przeciwieństwie do "Tysiąca wspaniałych słońc" tutaj autor skupia się na męskiej części tego świata. To całkiem niezłe dopełnienie, gdyż po przeczytaniu tej pierwszej pozycji, można było pozostać z dość jednostronnym obrazem uciemiężonych kobiet i górujących nad nimi mężczyzn. "Chłopiec z latawcem" odwraca proporcje - świat mężczyzn okazuje się wcale nie taki łatwy.
Przede wszystkim jednak, "Chłopiec..." to zmaganie się z przeszłością. Przeszłością, która rzutuje na całe życie Amira, determinuje jego przyszłość.
Wydanie: Albatros, 2010
Tłumaczenie: Maria Olejniczak-Skarsgard
Tytuł oryginału: The kite runner
Przeczytana: 2011
W przeciwieństwie do "Tysiąca wspaniałych słońc" tutaj autor skupia się na męskiej części tego świata. To całkiem niezłe dopełnienie, gdyż po przeczytaniu tej pierwszej pozycji, można było pozostać z dość jednostronnym obrazem uciemiężonych kobiet i górujących nad nimi mężczyzn. "Chłopiec z latawcem" odwraca proporcje - świat mężczyzn okazuje się wcale nie taki łatwy.
Przede wszystkim jednak, "Chłopiec..." to zmaganie się z przeszłością. Przeszłością, która rzutuje na całe życie Amira, determinuje jego przyszłość.
Wydanie: Albatros, 2010
Tłumaczenie: Maria Olejniczak-Skarsgard
Tytuł oryginału: The kite runner
Przeczytana: 2011
poniedziałek, 4 listopada 2013
Awantura na moście Marcin Hybel
W Nogradzie było tak błogo, że
niektórych aż krew zalewała.
Tak więc do najbardziej aktywnej
rozrywki Nogradu pretenduje przesiadywanie na ławce przed karczmą,
najwyższym zaś występkiem jest naplucie do fontanny. Nic więc
dziwnego, że wspominając stare dobre czasy (kiedy to do fontanny
się sikało), emerytowany złodziej i były mag obmyślają skok
rabunkowy ku rozerwaniu starych kości i odświeżeniu stetryczałych
umysłów. Wprawdzie jednemu stoi na drodze żona z chochlą w ręku,
a drugiego łupie w krzyżu, ale sentyment i upór zapuszczają
korzenie szybko i głęboko. Już same dialogi obu bohaterów
wystarczą do poprawy nastroju (zarówno ich, jak i czytelnika), ale
wprowadzenie chytrego planu w życie dopełnia ogólnej radości.
Równolegle śledzimy poczynania
kilkorga mieszkańców Nogradu, których drogi co jakiś czas
niespodziewanie przecinają się lub łączą. Więc obok próby
powrotu do świetlanej przeszłości w wykonaniu Lentaka i Melmira,
bogobój Kumar knuje intrygi w celu zapełnienie skarbca zakonu,
Aliwia z tegoż zakonu ucieka i za wszelką cenę usiłuje dotrzeć
na schadzkę z ukochanym Alfordem, były rozbójnik Rotupal, wracając
na ścieżkę grabieży, odkupuje swoje winy, a Gramisz marzy o
grodzie z monitoringiem.
Mieszkańcy Nogradu są postaciami
bardzo barwnymi, ale przy tym ogarnięci są okropną wręcz
nieobyczajnością. Pomijając wspomniane wypadki w fontannie,
przebiegła Aliwia, na przykład, „obiecała sobie w duchu, że
dzisiaj pokaże umiłowanemu nagie kolano i nic ani nikt jej przed
tym nie powstrzyma”. Nic więc dziwnego, że, mając do
czynienia z takim upadkiem obyczajów, bogobój rozważa wszelkie
możliwości przyciągnięcia wiernych na swoje kazania, by zwrócić
ich dusze ku bogu. Niestety, wiąże się to z wydatkami znacznie
przekraczającymi budżet, więc przy okazji pozwala pofolgować
swoim nieśmiałym marzeniom: Jakiż ten świat byłby piękny,
gdyby wierni na każdym kazaniu zapełniali skarbiec klasztoru.
Chwilowo musi się jednak zadowolić udawaną ślepotą, co
wprawdzie przysparza mu prestiżu, ale nieco utrudnia działania. O
wypadzie na ryby nie wspominając.
Zdawkowe bąknięcia jadaczką.
„Awantura na moście” kręci się
wokół dowcipu zarówno sytuacyjnego, jak i słownego. To, co lubię
najbardziej i co autorowi wyszło chyba najlepiej – co wcale nie
znaczy, że reszta mu nie wyszła! – to dialogi. Zwłaszcza te
pomiędzy Lentakiem i Melmirem rozkładają na łopatki, a przegląd
przekleństw i ubliżeń w ich wykonaniu to prawdziwy majstersztyk. W
całej tej plejadzie tylko jedna zwykła swojska „k…a” do
całości tam zupełnie nie pasuje i mógł ją sobie autor darować.
Poza tym jednym zgrzytem język jest spójny i oryginalny, pełen
interesujących porównań, skojarzeń i zwrotów.
„Może zapomniała, jak się
pisze?” – zadał sobie w duchu pytanie. Wszak on już nieraz
zapominał.
Czytanie w dużej ilości jest
błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Im więcej
czytam, tym trudniej mnie zadowolić. I chociaż wciąż otwieram
każdą pozycję z nadzieją, że mnie zaskoczy, to nie jest to efekt
nazbyt częsty. Dlatego trafienie na taką książkę jak ta wydaje
się wygranym losem na loterii. Pomimo początkowej –
nieuzasadnionej, przyznaję – podejrzliwości, dałam jej kredyt
zaufania. Kredyt, który spłaciła szybko i z nawiązką.
Komedyja wieków minionych, bo
tak brzmi jej podtytuł, jest w pełni przemyślaną i konsekwentnie
poprowadzoną kompozycją. Począwszy od wyglądu: stylizowanych
ozdobnych liter i numeracji stron, przez poszczególne elementy
miejsca i czasu akcji, na wybujałych językowo przekleństwach
bohaterów skończywszy.
Dlatego też na kolejna pozycję tego
autora będę czekać z niecierpliwością i nadzieją, że znów uda
mu się mnie zaskoczyć.
Wydanie: Erica, 2012
Wydanie: Erica, 2012
czwartek, 3 marca 2011
Dożywocie Marta Kisiel
Gdybym dostała karę dożywotniego czytania tego, co napisze Marta Kisiel, to życzyłabym sobie żyć wiecznie. Własną długowieczność, w to nie wątpię, Kisiel zorganizuje sobie we własnym zakresie.
Początek jak zwykle był czasem konfrontacji własnych oczekiwań z wizją i sposobem podania autorki. Jak zwykle były to wizje odmienne, czyli autorka mnie zaskoczyła, a ja musiałam się do czegoś przyczepić. Potem mi przeszło.
Zarysowująca się leniwie akcja sugerowała nieśmiały kłus z ewentualną domniemaną sugestią późniejszego galopu. Tymczasem figa z makiem, akcja, owszem, ma niekiedy tendencje do przyspieszania, ale jest to raczej epizodyczne podbieganie, które przeradza się w końcu znowu w niespiesznie sunięcie. Pierwsze i definitywne hamowanie zaliczyłam zaraz na starcie. Wymusił je na mnie język - naładowany, wręcz przeładowany, przymiotnikami i nawiązaniami, których nie byłam w stanie należycie ogarnąć i docenić, jadąc tempem Formuły 1, ze świszczącym z nadmiaru emocji powietrzem i rozmytym obrazem.
Myśl, że autorka ma coś wspólnego z filologią polską, zaświtała mi po kilkunastu stronach, a potwierdziła ją pospiesznie przejrzana notka na trzeciej stronie okładki. Jednak to, co w pierwszym odruchu wywołało we mnie wrażenie popisywania się sprawnością (albo przyswajalnością) językową i wiedzą oraz idące za nimi poczucie zmęczenia i przytłoczenia, w połowie książki nagle przerodziło się w wyzwanie. Ile nawiązań, powiązań, skojarzeń autorka jeszcze wplotła? A zrobiła to, trzeba powiedzieć, bardzo zgrabnie.
Niebanalne skojarzenia doprawione tonami epitetów, błyskotliwych utarczek słownych i twórczością wieszczów polskiej literatury, którą zawłaszczają sobie od czasu do czasu bohaterowie, sprawiają, że się chce. Czytać się chce. Fabryka Słów, która wydała tę pozycję, idealnie wpisuje się w twórczość autorki. Czy może na odwrót. Jak w fabryce, kompletny proces twórczy: Kisiel jest fantastycznym zbieraczem, mikserem i segregatorem słów.
Również sami bohaterowie, nawet gdyby pozostali tylko milczącymi sylwetkami zarysowanymi jedynie obserwacjami narratora, budzą śmiech wymieszany niekiedy z rozczuleniem. Tytułowy dożywotnik, Konrad, i jego przedszkole stanowią wyjątkowo barwną bandę osobliwości. Anioł Stróż w bamboszkach, Zmora, Krakers i smęcące Widmo o "zmiennym stanie skupienia", z których nie każdy jest tym, kim wydaje się być, znakomicie rekompensują brak zapierającej dech w piersiach (skądkolwiek skojarzenie, że taka w ogóle powinna być) akcji.
Nie mam pojęcia, jak i kto wykreśla szczyty literackie, ale jestem pewna, że na jednym z takich szczytów Marta Kisiel zatknęła swój proporczyk. I ja zamierzam wyglądać kolejnego.
Początek jak zwykle był czasem konfrontacji własnych oczekiwań z wizją i sposobem podania autorki. Jak zwykle były to wizje odmienne, czyli autorka mnie zaskoczyła, a ja musiałam się do czegoś przyczepić. Potem mi przeszło.
Zarysowująca się leniwie akcja sugerowała nieśmiały kłus z ewentualną domniemaną sugestią późniejszego galopu. Tymczasem figa z makiem, akcja, owszem, ma niekiedy tendencje do przyspieszania, ale jest to raczej epizodyczne podbieganie, które przeradza się w końcu znowu w niespiesznie sunięcie. Pierwsze i definitywne hamowanie zaliczyłam zaraz na starcie. Wymusił je na mnie język - naładowany, wręcz przeładowany, przymiotnikami i nawiązaniami, których nie byłam w stanie należycie ogarnąć i docenić, jadąc tempem Formuły 1, ze świszczącym z nadmiaru emocji powietrzem i rozmytym obrazem.
Myśl, że autorka ma coś wspólnego z filologią polską, zaświtała mi po kilkunastu stronach, a potwierdziła ją pospiesznie przejrzana notka na trzeciej stronie okładki. Jednak to, co w pierwszym odruchu wywołało we mnie wrażenie popisywania się sprawnością (albo przyswajalnością) językową i wiedzą oraz idące za nimi poczucie zmęczenia i przytłoczenia, w połowie książki nagle przerodziło się w wyzwanie. Ile nawiązań, powiązań, skojarzeń autorka jeszcze wplotła? A zrobiła to, trzeba powiedzieć, bardzo zgrabnie.
Niebanalne skojarzenia doprawione tonami epitetów, błyskotliwych utarczek słownych i twórczością wieszczów polskiej literatury, którą zawłaszczają sobie od czasu do czasu bohaterowie, sprawiają, że się chce. Czytać się chce. Fabryka Słów, która wydała tę pozycję, idealnie wpisuje się w twórczość autorki. Czy może na odwrót. Jak w fabryce, kompletny proces twórczy: Kisiel jest fantastycznym zbieraczem, mikserem i segregatorem słów.
Również sami bohaterowie, nawet gdyby pozostali tylko milczącymi sylwetkami zarysowanymi jedynie obserwacjami narratora, budzą śmiech wymieszany niekiedy z rozczuleniem. Tytułowy dożywotnik, Konrad, i jego przedszkole stanowią wyjątkowo barwną bandę osobliwości. Anioł Stróż w bamboszkach, Zmora, Krakers i smęcące Widmo o "zmiennym stanie skupienia", z których nie każdy jest tym, kim wydaje się być, znakomicie rekompensują brak zapierającej dech w piersiach (skądkolwiek skojarzenie, że taka w ogóle powinna być) akcji.
Nie mam pojęcia, jak i kto wykreśla szczyty literackie, ale jestem pewna, że na jednym z takich szczytów Marta Kisiel zatknęła swój proporczyk. I ja zamierzam wyglądać kolejnego.
"- No, jak tam? - poklepał Licho po pyzatym policzku.
- Jessst dopsie - odparło z radosną stanowczością. - Tylko troszku rzuca na zakrętach.
- Ach tak... No to czeka nas ciężki poranek.
- Kondziu, spójsz, spójsz na te gwizdy! Śliszne!
- Ja ci zaraz dam gwizdy, złaź z tego drzewa, słyszysz? Szczęsny, w tej chwili złaź na ziemię!
- Alesz Kondziu, czemu ty kszyszysz? Czymsze jest ksz... hik... yk wobec miłosnego festchnienia, co duszę...co duszę... nie wiem, co duszę..."
Subskrybuj:
Posty (Atom)





