- I co, malutki - przemawiała do Gizma, który węsząc pilnie, siedział u jej stóp i wbijał w nią spojrzenie kosmiczne i hipnotyczne. - Sprężyłbyś się raz umysłowo i powiedział, co mam zrobić?
- Daj mi kulek - mówiły oczy mopsa.
- Zaraz ci dam kulek, tylko umyję twoje miseczki. - Ilonka puściła wodę i zastygła nad zlewem. - Kurczę, co ja mam zrobić? Zadzwonić do niego czy nie?
- Daj mi kulek.
- Przecież oni umorzyli śledztwo. Dali sobie spokój. Nie potrafili dojść do tego, kto ją zabił. Olali wszystko. A on olał przy okazji mnie. Nie mogę mu tego mieć za złe. Żaden normalny facet nie chciałby mieć ze mną więcej do czynienia. Nieprawdaż?
- Myj te michy. Daj mi kulek.
- Już myję. [...] Ty, Gizmuś, a co z twoim ADHD? Bardzo grzeczny piesek z ciebie ostatnio. To masz je w końcu czy nie?
- Jak chcę, to mam. Daj mi kulek.
To moje bodaj trzecie spotkanie z Moniką Szwają i chyba w końcu mogę powiedzieć: tak, lubię!
Literatura kobieca? Czort z szufladką. Fajny kryminał, inteligentne bohaterki z ciętym językiem i cysterną poczucia humoru. Przypomina mi Chmielewską, co jest w moim przekonaniu nie lada komplementem.
Środowisko telewizorów - czyli pracowników telewizji - wnikliwe, wścibskie i przede wszystkim bardzo ruchliwe nie ułatwia śledztwa, ale za to dostarcza czytelnikowi rozrywki pierwszej klasy. Bardzo lubię te bliskie stosunki ludzi z jednego środowiska, którzy rozumieją się w pół słowa, co jednak wymusza potrzebę dość obszernego przetłumaczenia z języka zawodowego na zrozumiały dla osób z zewnątrz, w tym wypadku policji.
Wątek miłosny jest, a jakże, ale subtelny i nie pcha się na afisz. Gizmo to już w ogóle wątek poboczny, ale uroczy i rozweselający. A morderstwo? Jest zbrodnia, jest ofiara, jest sprawca - tu tradycyjnie. Dla odmiany po poważnych i zawiłych kryminałach Läckberg czy Nesbø - szybka i przyjemna lektura na jeden lub dwa wieczory.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieca. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 marca 2016
poniedziałek, 8 lutego 2016
Artystka wędrowna Monika Szwaja
Po pierwsze primo nie lubię literatury tak zwanej kobiecej.
A po drugie primo... nie, nie ma drugiego primo, wystarczy pierwsze.
Sięgnęłam po Szwaję tylko dlatego, że miałam ją pod ręką w domu. I zdaje się, że kiedyś nawet zaczęłam czytać, więc wypadałoby skończyć.
Czytało się lekko i - o zgrozo! - przyjemnie. Na tyle przyjemnie, że z czasem zaczęłam być naprawdę ciekawa, jak to się wszystko skończy. Swoje podejrzenia miałam i te podejrzenia okazały się słuszne, brak więc było elementu zaskoczenia. Ot, taka sobie liniowa, prosta, całkiem łatwo przewidywalna akcja.
Na szczęście autorka miała wyczucie, kiedy książkę kończyć i jak kierować nasileniem pewnych uczuć i komentarzy bohaterek, bo niektóre z nich (te komentarze, chociaż bohaterki w zasadzie też) powoli zaczynały mi działać na nerwy. Jeszcze kilkadziesiąt stron takiego dziamgania, a warcząc przy każdej stronie, brnęłabym do końca, coraz bardziej tracąc z horyzontu to, co mi sprawiało podczas tej lektury przyjemność. Jak wspomniałam, irytacja przyszła prawie pod koniec, więc kiedy pitolenie sięgnęło zenitu, akcja się w końcu rozwiązała i wszystko wróciło do normy. Wstyd przyznać, ale i łzy mi się zakręciły. O, losie. Miękka się zrobiłam ostatnio.
Oceniłabym ją jako całkiem niezłe czytadło, czyli coś pomiędzy "dobra" a "bardzo dobra", ale brak takiej gwiazdki, więc zostanie trójgwiazdkowa.
Hm, czy wspominałam już, że nie lubię literatury kobiecej?
Wydawnie: Prószyński i S-ka, 2005
Subskrybuj:
Posty (Atom)
