Ciężki kawałek afgańskiego świata. Świata o mentalności tak odmiennej od naszej, że sama jego obserwacja, bez dodatkowych spektakularnych wydarzeń, potrafi zjeżyć włos na głowie i nadkruszyć zęby od zgrzytania.
W przeciwieństwie do "Tysiąca wspaniałych słońc" tutaj autor skupia się na męskiej części tego świata. To całkiem niezłe dopełnienie, gdyż po przeczytaniu tej pierwszej pozycji, można było pozostać z dość jednostronnym obrazem uciemiężonych kobiet i górujących nad nimi mężczyzn. "Chłopiec z latawcem" odwraca proporcje - świat mężczyzn okazuje się wcale nie taki łatwy.
Przede wszystkim jednak, "Chłopiec..." to zmaganie się z przeszłością. Przeszłością, która rzutuje na całe życie Amira, determinuje jego przyszłość.
Wydanie: Albatros, 2010
Tłumaczenie: Maria Olejniczak-Skarsgard
Tytuł oryginału: The kite runner
Przeczytana: 2011
czwartek, 13 marca 2014
poniedziałek, 4 listopada 2013
Awantura na moście Marcin Hybel
W Nogradzie było tak błogo, że
niektórych aż krew zalewała.
Tak więc do najbardziej aktywnej
rozrywki Nogradu pretenduje przesiadywanie na ławce przed karczmą,
najwyższym zaś występkiem jest naplucie do fontanny. Nic więc
dziwnego, że wspominając stare dobre czasy (kiedy to do fontanny
się sikało), emerytowany złodziej i były mag obmyślają skok
rabunkowy ku rozerwaniu starych kości i odświeżeniu stetryczałych
umysłów. Wprawdzie jednemu stoi na drodze żona z chochlą w ręku,
a drugiego łupie w krzyżu, ale sentyment i upór zapuszczają
korzenie szybko i głęboko. Już same dialogi obu bohaterów
wystarczą do poprawy nastroju (zarówno ich, jak i czytelnika), ale
wprowadzenie chytrego planu w życie dopełnia ogólnej radości.
Równolegle śledzimy poczynania
kilkorga mieszkańców Nogradu, których drogi co jakiś czas
niespodziewanie przecinają się lub łączą. Więc obok próby
powrotu do świetlanej przeszłości w wykonaniu Lentaka i Melmira,
bogobój Kumar knuje intrygi w celu zapełnienie skarbca zakonu,
Aliwia z tegoż zakonu ucieka i za wszelką cenę usiłuje dotrzeć
na schadzkę z ukochanym Alfordem, były rozbójnik Rotupal, wracając
na ścieżkę grabieży, odkupuje swoje winy, a Gramisz marzy o
grodzie z monitoringiem.
Mieszkańcy Nogradu są postaciami
bardzo barwnymi, ale przy tym ogarnięci są okropną wręcz
nieobyczajnością. Pomijając wspomniane wypadki w fontannie,
przebiegła Aliwia, na przykład, „obiecała sobie w duchu, że
dzisiaj pokaże umiłowanemu nagie kolano i nic ani nikt jej przed
tym nie powstrzyma”. Nic więc dziwnego, że, mając do
czynienia z takim upadkiem obyczajów, bogobój rozważa wszelkie
możliwości przyciągnięcia wiernych na swoje kazania, by zwrócić
ich dusze ku bogu. Niestety, wiąże się to z wydatkami znacznie
przekraczającymi budżet, więc przy okazji pozwala pofolgować
swoim nieśmiałym marzeniom: Jakiż ten świat byłby piękny,
gdyby wierni na każdym kazaniu zapełniali skarbiec klasztoru.
Chwilowo musi się jednak zadowolić udawaną ślepotą, co
wprawdzie przysparza mu prestiżu, ale nieco utrudnia działania. O
wypadzie na ryby nie wspominając.
Zdawkowe bąknięcia jadaczką.
„Awantura na moście” kręci się
wokół dowcipu zarówno sytuacyjnego, jak i słownego. To, co lubię
najbardziej i co autorowi wyszło chyba najlepiej – co wcale nie
znaczy, że reszta mu nie wyszła! – to dialogi. Zwłaszcza te
pomiędzy Lentakiem i Melmirem rozkładają na łopatki, a przegląd
przekleństw i ubliżeń w ich wykonaniu to prawdziwy majstersztyk. W
całej tej plejadzie tylko jedna zwykła swojska „k…a” do
całości tam zupełnie nie pasuje i mógł ją sobie autor darować.
Poza tym jednym zgrzytem język jest spójny i oryginalny, pełen
interesujących porównań, skojarzeń i zwrotów.
„Może zapomniała, jak się
pisze?” – zadał sobie w duchu pytanie. Wszak on już nieraz
zapominał.
Czytanie w dużej ilości jest
błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Im więcej
czytam, tym trudniej mnie zadowolić. I chociaż wciąż otwieram
każdą pozycję z nadzieją, że mnie zaskoczy, to nie jest to efekt
nazbyt częsty. Dlatego trafienie na taką książkę jak ta wydaje
się wygranym losem na loterii. Pomimo początkowej –
nieuzasadnionej, przyznaję – podejrzliwości, dałam jej kredyt
zaufania. Kredyt, który spłaciła szybko i z nawiązką.
Komedyja wieków minionych, bo
tak brzmi jej podtytuł, jest w pełni przemyślaną i konsekwentnie
poprowadzoną kompozycją. Począwszy od wyglądu: stylizowanych
ozdobnych liter i numeracji stron, przez poszczególne elementy
miejsca i czasu akcji, na wybujałych językowo przekleństwach
bohaterów skończywszy.
Dlatego też na kolejna pozycję tego
autora będę czekać z niecierpliwością i nadzieją, że znów uda
mu się mnie zaskoczyć.
Wydanie: Erica, 2012
Wydanie: Erica, 2012
czwartek, 3 marca 2011
Dożywocie Marta Kisiel
Gdybym dostała karę dożywotniego czytania tego, co napisze Marta Kisiel, to życzyłabym sobie żyć wiecznie. Własną długowieczność, w to nie wątpię, Kisiel zorganizuje sobie we własnym zakresie.
Początek jak zwykle był czasem konfrontacji własnych oczekiwań z wizją i sposobem podania autorki. Jak zwykle były to wizje odmienne, czyli autorka mnie zaskoczyła, a ja musiałam się do czegoś przyczepić. Potem mi przeszło.
Zarysowująca się leniwie akcja sugerowała nieśmiały kłus z ewentualną domniemaną sugestią późniejszego galopu. Tymczasem figa z makiem, akcja, owszem, ma niekiedy tendencje do przyspieszania, ale jest to raczej epizodyczne podbieganie, które przeradza się w końcu znowu w niespiesznie sunięcie. Pierwsze i definitywne hamowanie zaliczyłam zaraz na starcie. Wymusił je na mnie język - naładowany, wręcz przeładowany, przymiotnikami i nawiązaniami, których nie byłam w stanie należycie ogarnąć i docenić, jadąc tempem Formuły 1, ze świszczącym z nadmiaru emocji powietrzem i rozmytym obrazem.
Myśl, że autorka ma coś wspólnego z filologią polską, zaświtała mi po kilkunastu stronach, a potwierdziła ją pospiesznie przejrzana notka na trzeciej stronie okładki. Jednak to, co w pierwszym odruchu wywołało we mnie wrażenie popisywania się sprawnością (albo przyswajalnością) językową i wiedzą oraz idące za nimi poczucie zmęczenia i przytłoczenia, w połowie książki nagle przerodziło się w wyzwanie. Ile nawiązań, powiązań, skojarzeń autorka jeszcze wplotła? A zrobiła to, trzeba powiedzieć, bardzo zgrabnie.
Niebanalne skojarzenia doprawione tonami epitetów, błyskotliwych utarczek słownych i twórczością wieszczów polskiej literatury, którą zawłaszczają sobie od czasu do czasu bohaterowie, sprawiają, że się chce. Czytać się chce. Fabryka Słów, która wydała tę pozycję, idealnie wpisuje się w twórczość autorki. Czy może na odwrót. Jak w fabryce, kompletny proces twórczy: Kisiel jest fantastycznym zbieraczem, mikserem i segregatorem słów.
Również sami bohaterowie, nawet gdyby pozostali tylko milczącymi sylwetkami zarysowanymi jedynie obserwacjami narratora, budzą śmiech wymieszany niekiedy z rozczuleniem. Tytułowy dożywotnik, Konrad, i jego przedszkole stanowią wyjątkowo barwną bandę osobliwości. Anioł Stróż w bamboszkach, Zmora, Krakers i smęcące Widmo o "zmiennym stanie skupienia", z których nie każdy jest tym, kim wydaje się być, znakomicie rekompensują brak zapierającej dech w piersiach (skądkolwiek skojarzenie, że taka w ogóle powinna być) akcji.
Nie mam pojęcia, jak i kto wykreśla szczyty literackie, ale jestem pewna, że na jednym z takich szczytów Marta Kisiel zatknęła swój proporczyk. I ja zamierzam wyglądać kolejnego.
Początek jak zwykle był czasem konfrontacji własnych oczekiwań z wizją i sposobem podania autorki. Jak zwykle były to wizje odmienne, czyli autorka mnie zaskoczyła, a ja musiałam się do czegoś przyczepić. Potem mi przeszło.
Zarysowująca się leniwie akcja sugerowała nieśmiały kłus z ewentualną domniemaną sugestią późniejszego galopu. Tymczasem figa z makiem, akcja, owszem, ma niekiedy tendencje do przyspieszania, ale jest to raczej epizodyczne podbieganie, które przeradza się w końcu znowu w niespiesznie sunięcie. Pierwsze i definitywne hamowanie zaliczyłam zaraz na starcie. Wymusił je na mnie język - naładowany, wręcz przeładowany, przymiotnikami i nawiązaniami, których nie byłam w stanie należycie ogarnąć i docenić, jadąc tempem Formuły 1, ze świszczącym z nadmiaru emocji powietrzem i rozmytym obrazem.
Myśl, że autorka ma coś wspólnego z filologią polską, zaświtała mi po kilkunastu stronach, a potwierdziła ją pospiesznie przejrzana notka na trzeciej stronie okładki. Jednak to, co w pierwszym odruchu wywołało we mnie wrażenie popisywania się sprawnością (albo przyswajalnością) językową i wiedzą oraz idące za nimi poczucie zmęczenia i przytłoczenia, w połowie książki nagle przerodziło się w wyzwanie. Ile nawiązań, powiązań, skojarzeń autorka jeszcze wplotła? A zrobiła to, trzeba powiedzieć, bardzo zgrabnie.
Niebanalne skojarzenia doprawione tonami epitetów, błyskotliwych utarczek słownych i twórczością wieszczów polskiej literatury, którą zawłaszczają sobie od czasu do czasu bohaterowie, sprawiają, że się chce. Czytać się chce. Fabryka Słów, która wydała tę pozycję, idealnie wpisuje się w twórczość autorki. Czy może na odwrót. Jak w fabryce, kompletny proces twórczy: Kisiel jest fantastycznym zbieraczem, mikserem i segregatorem słów.
Również sami bohaterowie, nawet gdyby pozostali tylko milczącymi sylwetkami zarysowanymi jedynie obserwacjami narratora, budzą śmiech wymieszany niekiedy z rozczuleniem. Tytułowy dożywotnik, Konrad, i jego przedszkole stanowią wyjątkowo barwną bandę osobliwości. Anioł Stróż w bamboszkach, Zmora, Krakers i smęcące Widmo o "zmiennym stanie skupienia", z których nie każdy jest tym, kim wydaje się być, znakomicie rekompensują brak zapierającej dech w piersiach (skądkolwiek skojarzenie, że taka w ogóle powinna być) akcji.
Nie mam pojęcia, jak i kto wykreśla szczyty literackie, ale jestem pewna, że na jednym z takich szczytów Marta Kisiel zatknęła swój proporczyk. I ja zamierzam wyglądać kolejnego.
"- No, jak tam? - poklepał Licho po pyzatym policzku.
- Jessst dopsie - odparło z radosną stanowczością. - Tylko troszku rzuca na zakrętach.
- Ach tak... No to czeka nas ciężki poranek.
- Kondziu, spójsz, spójsz na te gwizdy! Śliszne!
- Ja ci zaraz dam gwizdy, złaź z tego drzewa, słyszysz? Szczęsny, w tej chwili złaź na ziemię!
- Alesz Kondziu, czemu ty kszyszysz? Czymsze jest ksz... hik... yk wobec miłosnego festchnienia, co duszę...co duszę... nie wiem, co duszę..."
poniedziałek, 28 lutego 2011
Mariola, moje krople.. Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Najtrudniejszy jest zawsze początek. Przestawienie się z literatury akcji na literaturę słowa, z fantastyki na kryminał, z narracji na dialogi. Pierwsze kilkanaście stron jest zwykle walką o wejście w nowe układy, miejsca, bohaterów. Zwłaszcza, kiedy początek nie porywa.
"Mariola, moje krople..." zaczyna się w moim odczuciu nijak, bo romansem. A w zasadzie jego próbą. Dlatego potrzebowałam kilkudziesięciu stron i silnej woli, zanim zaczęłam ogarniać akcję i przyswajać, że takowa w ogóle istnieje i w zasadzie nie jest taka zła.
Ze względu na stacjonarne miejsce wydarzeń (i moje preferencje czytelnicze) szybko otarło się o mnie delikatnie skojarzenie z Chmielewską ostatnich kilku lat - jak, nomen omen, w teatrze. Jedna scena - w tym przypadku budynek teatru - na którą ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, ktoś chowa się do szafy, ktoś wpada pod łóżko, ktoś wychodzi akurat wtedy, kiedy ktoś inny musi wejść, żeby potajemnie, bez świadków coś zrobić. Typowy teatr pomyłek i niedomówień. Całkiem zgrabny zresztą.
Jednak mimo skojarzenia z naczelną polską autorką kryminałów, nie trafia do mnie idea podawania daty i godziny poszczególnych scen. Z samej fabuły jasno wynika kto, gdzie i kiedy, i że czasem równocześnie lub niemal o włos i wcale nie jest do tego potrzebna szczegółowa informacja czasowa. Prawdę mówiąc, nawet nie zadawałam sobie trudu jej przyswajania. Owszem, miałoby to niejaki sens, gdyby do czegoś prowadziło. No... podobno prawdopodobnie prowadziło. Niby.
Mówi się, że jeżeli na scenie znajduje się strzelba - musi wystrzelić. U Gutowskiej-Adamczyk, mam wrażenie, zawisła jednak atrapa. Spodziewałam się, że zagęszczenie czasowej dokładności wraz ze zbliżaniem się ku dacie 13 grudnia 1981 roku będzie skutkowało jakimś potężnym wystrzałem. Tymczasem nic z tego. Żadnego bum. Tak, ja wiem, co to za data. Ale dla młodszych pokoleń to zaprzeszłość historyczna i niekoniecznie musi im coś z tego wynikać. Brak mi było wyraźnego akcentu - huku, ognia, dziury w ścianie po kuli, szoku lub zdziwienia w wytrzeszczonych oczach... Niestety. Koniec przyszedł niespodziewanie i tak jakoś nijako. Czyli mniej więcej tak, jak początek.
Kropli na uspokojenie na szczęście nie potrzebowałam, chociaż i chusteczek do otarcia łez śmiechu również nie, więc bilans wyszedł w zasadzie na zero. Z małą przewagą na plus, bo czytało się to jednak całkiem przyjemnie i niespodziewanie potrafiło wywołać cichy śmiech. Mimo wszystko więc Mariolę dostarczającą dyrektorowi krople polecam i to całkiem szczerze, bo na szybką relaksującą i przyjemną lekturę przy kilku kawach jest idealna. I to zarówno dla tych, którzy na osławionych kolejkach PRL-u zjedli zęby, jak i tych, którzy znają je tylko z opowieści. Momentami nie mogłam się tylko zdecydować, czy absurdy tamtego okresu mają mnie bardziej irytować czy śmieszyć. Ale to już inna bajka.
Wydanie: Świat Książki, 2011
"Mariola, moje krople..." zaczyna się w moim odczuciu nijak, bo romansem. A w zasadzie jego próbą. Dlatego potrzebowałam kilkudziesięciu stron i silnej woli, zanim zaczęłam ogarniać akcję i przyswajać, że takowa w ogóle istnieje i w zasadzie nie jest taka zła.
Ze względu na stacjonarne miejsce wydarzeń (i moje preferencje czytelnicze) szybko otarło się o mnie delikatnie skojarzenie z Chmielewską ostatnich kilku lat - jak, nomen omen, w teatrze. Jedna scena - w tym przypadku budynek teatru - na którą ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, ktoś chowa się do szafy, ktoś wpada pod łóżko, ktoś wychodzi akurat wtedy, kiedy ktoś inny musi wejść, żeby potajemnie, bez świadków coś zrobić. Typowy teatr pomyłek i niedomówień. Całkiem zgrabny zresztą.
Jednak mimo skojarzenia z naczelną polską autorką kryminałów, nie trafia do mnie idea podawania daty i godziny poszczególnych scen. Z samej fabuły jasno wynika kto, gdzie i kiedy, i że czasem równocześnie lub niemal o włos i wcale nie jest do tego potrzebna szczegółowa informacja czasowa. Prawdę mówiąc, nawet nie zadawałam sobie trudu jej przyswajania. Owszem, miałoby to niejaki sens, gdyby do czegoś prowadziło. No... podobno prawdopodobnie prowadziło. Niby.
Mówi się, że jeżeli na scenie znajduje się strzelba - musi wystrzelić. U Gutowskiej-Adamczyk, mam wrażenie, zawisła jednak atrapa. Spodziewałam się, że zagęszczenie czasowej dokładności wraz ze zbliżaniem się ku dacie 13 grudnia 1981 roku będzie skutkowało jakimś potężnym wystrzałem. Tymczasem nic z tego. Żadnego bum. Tak, ja wiem, co to za data. Ale dla młodszych pokoleń to zaprzeszłość historyczna i niekoniecznie musi im coś z tego wynikać. Brak mi było wyraźnego akcentu - huku, ognia, dziury w ścianie po kuli, szoku lub zdziwienia w wytrzeszczonych oczach... Niestety. Koniec przyszedł niespodziewanie i tak jakoś nijako. Czyli mniej więcej tak, jak początek.
Kropli na uspokojenie na szczęście nie potrzebowałam, chociaż i chusteczek do otarcia łez śmiechu również nie, więc bilans wyszedł w zasadzie na zero. Z małą przewagą na plus, bo czytało się to jednak całkiem przyjemnie i niespodziewanie potrafiło wywołać cichy śmiech. Mimo wszystko więc Mariolę dostarczającą dyrektorowi krople polecam i to całkiem szczerze, bo na szybką relaksującą i przyjemną lekturę przy kilku kawach jest idealna. I to zarówno dla tych, którzy na osławionych kolejkach PRL-u zjedli zęby, jak i tych, którzy znają je tylko z opowieści. Momentami nie mogłam się tylko zdecydować, czy absurdy tamtego okresu mają mnie bardziej irytować czy śmieszyć. Ale to już inna bajka.
"Po krótkiej chwili pukanie się powtórzyło i osoba stojąca za drzwiami nacisnęła mocniej klamkę. Dyrektor, jakby ćwiczył to od lat na szkoleniach przysposobienia obronnego, zwinnym ruchem stoczył się na podłogę i wsunął pod łóżko, uderzając głową w metalowy przedmiot. Zauważył też, że jest tam ciaśniej, niż przewidywał:
- A co pani tu robi?
- Chyba to samo, co pan dyrektor? - odpowiedziała szeptem".
Wydanie: Świat Książki, 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)


