Nigdy nie lubiłam i nadal nie lubię poezji. Jednak w całej mojej czytelniczej podróży znalazło się kilka wyjątków, z których pierwszym była Wisława Szymborska.
Nie podejmę się próby oceny jej twórczości. Nie napiszę, że jej wiersze mnie poruszyły, wywarły wrażenie, odmieniły, dały do myślenia, ani żadnego innego z podobnych frazesów. Może tak było, a może nie.
Tym, co przede wszystkim do mnie trafiło, jest forma: krótka i treściwa - choć nie zawsze taka oczywista - proza ujęta w wersy.
"Nic zwyczajnego" nie jest biografią, nie odpowie więc w pełni na pytanie, jaka była Szymborska. To ledwie, albo aż, wyklejanka - taka, jakie robiła dla przyjaciół i znajomych z wycinków z gazet i magazynów: trochę tego, trochę tamtego, kawałek z lewego profilu, kawałek z prawego, odrobina poetki, ciut zwykłego życia podejrzanego gdzieś zza winkla.
Rusinek płynie przez lata swojego sekretarzowania poetce od Nobla aż do jej ostatniego oddechu. Skleja z fragmentów obrazów jej portret, składa ze skrawków wydarzeń jej osobowość. Nie ma w tym jednak patetyzmu, ani wyniosłości. Tak, wynosi Szymborską wysoko, ale nie stawia jej pomników. Jej twórczość robi to wystarczająco dobrze za niego.
Dla wielbicieli poezji Szymborskiej to pozycja obowiązkowa. Dla wywołania uśmiechu, może odrobiny zadumy, w końcu - i to przecież nie spojler - żalu, że takie jest życie.
I tylko jednego - zwłaszcza przez wzgląd na profesję autora - nie mogę tej pozycji wybaczyć: Woody['ego] Allena...
czwartek, 1 września 2016
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Mały Książę ze strychu Janusz Włodarczyk
Dobra, ale tylko miejscami.
Mam wrażenie, że ten Mały Książę filozofuje zbyt dorośle, zbyt moralizatorsko, podczas gdy ten wyszły spod pióra Exuperego jest mądry mądrością dziecka, jego jeszcze naiwnej i w gruncie rzeczy prostej obserwacji.
Tak, wiem, wszystko można wytłumaczyć tym, że przecież nikt nie twierdzi, że te historyjki na pewno wyszły spod pióra autora "Małego Księcia", a jeśli nawet, to z jakiegoś powodu zostały przez niego odrzucone. Niemniej uważam to za bardzo słaby chwyt asekuracyjny.
Co mnie jeszcze uderzyło - przeczytanie kilkunastu stron, które mnie zajęło może z dziesięć minut, narratorowi zajęło tyle, że jego przyjaciel tłumacz zdążył wypić cztery (!) kawy... Poważnie?
Mam wrażenie, że ten Mały Książę filozofuje zbyt dorośle, zbyt moralizatorsko, podczas gdy ten wyszły spod pióra Exuperego jest mądry mądrością dziecka, jego jeszcze naiwnej i w gruncie rzeczy prostej obserwacji.
Tak, wiem, wszystko można wytłumaczyć tym, że przecież nikt nie twierdzi, że te historyjki na pewno wyszły spod pióra autora "Małego Księcia", a jeśli nawet, to z jakiegoś powodu zostały przez niego odrzucone. Niemniej uważam to za bardzo słaby chwyt asekuracyjny.
Co mnie jeszcze uderzyło - przeczytanie kilkunastu stron, które mnie zajęło może z dziesięć minut, narratorowi zajęło tyle, że jego przyjaciel tłumacz zdążył wypić cztery (!) kawy... Poważnie?
niedziela, 28 sierpnia 2016
Sekret Wesaliusza Jordi Llobregat
Rewelacja!
Dawno nie czytałam tak wciągającego kryminału. Świetnie skonstruowana i żywiołowa akcja momentami zahaczająca o triller. Materiał na naprawdę dobry film.
"Sekret Wesaliusza" to obskurne ulice XIX-wiecznej Barcelony, świat medycyny przesiąknięty męską dumą, korupcja, wina i kara, w końcu miłość i walka o marzenia. Nienachalnie i bez moralizatorstwa, za to z pomysłem i naprawdę dużym wyważeniem tematów.
Sukces tego typu książek tkwi także w tym, żeby nie odkryć zbyt szybko wszystkich kart, ale i nie zirytować ciągłym "wiem, ale nie powiem". I to się autorowi udało, bo regularnie odpowiadając na kolejne pytania, z niemal każdym zakończonym rozdziałem zostawia nas z nowymi.
Nie lubię kończyć dobrych książek, bo zakończenia niezmiennie mnie rozczarowują. I właściwie ciągle nie wiem, czy te książki po prostu nie są takie dobre, czy to ja jestem już zbyt wymagająca, czy też - i to mi się wydaje w tej chwili najbardziej prawdopodobne - niezadowolenie wynika z focha, że nie domyśliłam się rozwiązania.
No nie domyśliłam się. Nie byłam nawet blisko...
Dawno nie czytałam tak wciągającego kryminału. Świetnie skonstruowana i żywiołowa akcja momentami zahaczająca o triller. Materiał na naprawdę dobry film.
"Sekret Wesaliusza" to obskurne ulice XIX-wiecznej Barcelony, świat medycyny przesiąknięty męską dumą, korupcja, wina i kara, w końcu miłość i walka o marzenia. Nienachalnie i bez moralizatorstwa, za to z pomysłem i naprawdę dużym wyważeniem tematów.
Sukces tego typu książek tkwi także w tym, żeby nie odkryć zbyt szybko wszystkich kart, ale i nie zirytować ciągłym "wiem, ale nie powiem". I to się autorowi udało, bo regularnie odpowiadając na kolejne pytania, z niemal każdym zakończonym rozdziałem zostawia nas z nowymi.
Nie lubię kończyć dobrych książek, bo zakończenia niezmiennie mnie rozczarowują. I właściwie ciągle nie wiem, czy te książki po prostu nie są takie dobre, czy to ja jestem już zbyt wymagająca, czy też - i to mi się wydaje w tej chwili najbardziej prawdopodobne - niezadowolenie wynika z focha, że nie domyśliłam się rozwiązania.
No nie domyśliłam się. Nie byłam nawet blisko...
czwartek, 25 sierpnia 2016
Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu Anna Lange
Gdybym miała włożyć "Magiczne akta" do jakiejś szufladki, zatytułowałabym ją: kryminał magiczny. Chociaż dużo stron książki musiało upłynąć, zanim to sprecyzowałam i uznałam, że pomimo niewątpliwego wpływu fantastyki, książka nosi znamiona bliższe kryminałowi. Początki jednak nie były jednoznaczne i dość długo zastanawiałam się, dokąd akcja zmierza.
Poza drobnymi subiektywnymi usterkami, o których poniżej, uważam tę pozycję za udaną, zwłaszcza jeśli chodzi o przygotowanie akcji. Nie ma wydarzeń zbędnych, tak zwanych zapchajdziur. Wszystkie ruchy bohaterów mają sens, nic nie bierze się znikąd. Dobrze przygotowana baza akcji skutkuje logicznymi rozwiązaniami i w pełni zrozumiałymi decyzjami bohaterów.
Dodatkowo, kilka pojawiających się w trakcie zagadek dotyczących relacji między bohaterami nie tylko daje do myślenia nam, ale i tymże bohaterom, a rozwiązania nie są jednoznaczne, co - pomimo nietrafności moich domysłów - było całkiem przyjemnym doświadczeniem .
Upierdliwa natomiast była dla mnie niekiedy składnia: przydługie wtrącenia wybijające z rytmu i powodujące, że niektóre zdania musiałam czytać po kilka razy, żeby złapać ich sens. Co zabawne, przez całą książkę zastanawiałam się, czy to sprawka autora, czy tłumacza, by w końcu przekonać się, że żadnego tłumacza nie ma... To było z kolei dość miłe zaskoczenie, chociaż nie wiem, czy gdybym wiedziała o tym od początku, czytałoby mi się tak samo.
Wiem, nie doceniam potencjału polskich twórców. Ale takie książki jak ta mają szansę to zmienić.
Co mnie dodatkowo rozpraszało, to zbliżone imiona: Frederic i Ferdinand - nigdy nie wiedziałam w pierwszej chwili, o kim jest mowa. I jakoś imię Clovisa LaFaya nie chciało do niego przylgnąć: przywołane po dłuższej chwili wprowadzało na nowo zamęt i gorączkowe przeszukiwanie zasobów przyswojonych w tej lekturze imion. To jednak usterka moich szarych komórek i nie doszukuję się winy ze strony autorki.
Tytuł sugeruje, że to być może nie ostatnie spotkanie ze Scotland Yardem, mam więc nadzieję, że autorka na udanym debiucie nie poprzestanie, bo ten rodzaj kryminału całkiem przypadł mi do gustu. Niby nie różni się niczym od obrzydliwości natury ludzkiej zwykłych kryminałów, ale dzięki interwencji magicznej odsuwa się nieco od realnego świata i pozwala spojrzeć z większego dystansu. Bardziej jak na fikcję, niż wtłoczone w ramy rozrywki dramaty z pierwszych stron gazet.
Poza drobnymi subiektywnymi usterkami, o których poniżej, uważam tę pozycję za udaną, zwłaszcza jeśli chodzi o przygotowanie akcji. Nie ma wydarzeń zbędnych, tak zwanych zapchajdziur. Wszystkie ruchy bohaterów mają sens, nic nie bierze się znikąd. Dobrze przygotowana baza akcji skutkuje logicznymi rozwiązaniami i w pełni zrozumiałymi decyzjami bohaterów.
Dodatkowo, kilka pojawiających się w trakcie zagadek dotyczących relacji między bohaterami nie tylko daje do myślenia nam, ale i tymże bohaterom, a rozwiązania nie są jednoznaczne, co - pomimo nietrafności moich domysłów - było całkiem przyjemnym doświadczeniem .
Upierdliwa natomiast była dla mnie niekiedy składnia: przydługie wtrącenia wybijające z rytmu i powodujące, że niektóre zdania musiałam czytać po kilka razy, żeby złapać ich sens. Co zabawne, przez całą książkę zastanawiałam się, czy to sprawka autora, czy tłumacza, by w końcu przekonać się, że żadnego tłumacza nie ma... To było z kolei dość miłe zaskoczenie, chociaż nie wiem, czy gdybym wiedziała o tym od początku, czytałoby mi się tak samo.
Wiem, nie doceniam potencjału polskich twórców. Ale takie książki jak ta mają szansę to zmienić.
Co mnie dodatkowo rozpraszało, to zbliżone imiona: Frederic i Ferdinand - nigdy nie wiedziałam w pierwszej chwili, o kim jest mowa. I jakoś imię Clovisa LaFaya nie chciało do niego przylgnąć: przywołane po dłuższej chwili wprowadzało na nowo zamęt i gorączkowe przeszukiwanie zasobów przyswojonych w tej lekturze imion. To jednak usterka moich szarych komórek i nie doszukuję się winy ze strony autorki.
Tytuł sugeruje, że to być może nie ostatnie spotkanie ze Scotland Yardem, mam więc nadzieję, że autorka na udanym debiucie nie poprzestanie, bo ten rodzaj kryminału całkiem przypadł mi do gustu. Niby nie różni się niczym od obrzydliwości natury ludzkiej zwykłych kryminałów, ale dzięki interwencji magicznej odsuwa się nieco od realnego świata i pozwala spojrzeć z większego dystansu. Bardziej jak na fikcję, niż wtłoczone w ramy rozrywki dramaty z pierwszych stron gazet.
wtorek, 9 sierpnia 2016
Język Trolli Małgorzata Musierowicz
"Jeżycjadę" od pewnego czasu traktuję jak formę terapi. Kiedy mi smutno i źle, sięgam po któryś tom sagi - tak niezmiennie ciepłej i radosnej. Nie znaczy to, że zwątpienie i smutek nie mają tam racji bytu, wręcz przeciwnie, są częścią codzienności. Ale co innego zmagać się z problemami samotnie, a co innego w gronie rodziny, którą najlepiej opisuje słowo: miłość.
Wielopokoleniowa rodzina Borejków nie jest wydumaną rodziną zrodzoną z wybujałej fantazji autorki, jest taka jak my: czasem hałaśliwa, nerwowa i irytująca, ale jednocześnie bije od niej nieprzeciętny spokój, opanowanie i radość. Każdy ma tam swoje miejsce. Równowaga - to chyba właściwe słowo na opisanie panujących w niej stosunków. I mnie ten klimat zachwyca. To jakby usiąść w zimowy wieczór przy kaflowym piecu z herbatą i książką w ręce, z babcią robiącą na drutach w swoim ulubionym fotelu tuż obok...
Aż czuję dawno zapomniany zapach babcinego mieszkania.
Nie oceniam tych książek pod innymi względami. Bo nawet jeśli pewne rzeczy wydają się nieprawdopodobne - na przykład niektóre przemyślenia 9-latka - to szybko o nich zapominam i chłonę atmosferę.
Małomówny Józef Pałys - główny bohater tego tomu - chociaż ledwie odrosły od ziemi, bardzo mnie ujął swoją postawą: po co za dużo mówić i tłumaczyć - albo ktoś nie zrozumie i tak, albo zrozumie w pół słowa. Niby takie proste i logiczne, a czasem tak trudne do zaakceptowania. Mnie dało do myślenia.
Marta z bloga Rudym Spojrzeniem wyznała mi ostatnio, że nie przepada za literaturą kobiecą. I wtedy, z lekkim rozrzewnieniem, przypomniałam sobie o "Jeżycjadzie". Bo chociaż po kobiecą, podobnie jak Marta, sięgam rzadko, to dziewczęcą literaturę Musierowicz czasem mam ochotę czytać na okrągło.
sobota, 16 lipca 2016
Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek Mary Ann Shaffer, Annie Barrows
To trochę tak, jak z "Wirującym seksem" w tłumaczeniu z "Drity dancing": jedno z drugim ma niewiele wspólnego, ale jednak wciąż dotyczą tego samego filmu.
"Stowarzyszenie..." urzekło mnie tytułem. Bo każdy powód jest dobry, żeby sięgnąć po książkę. I tak samo każdy powód jest dobry, żeby opowiedzieć ciekawą historię.
Kiedy po kilkunastu stronach zwątpiłam w formę powieści w listach, zdałam sobie sprawę, że inaczej niechybnie by mnie mnie te historie zanudziły. Inaczej wygląda niepohamowany niczym potok słów bezpośredniego spotkania, inaczej ograniczony bólem piszącej ręki list.
Takie sobie życie w niełatwych czasach. Bez pretensji, bez rwania szat i wypłakiwania oczu. Wycinki wojennego Londynu i małej brytyjskiej wyspy, na której swoje losy dzielili jej mieszkańcy z okupującymi ją Niemcami. Krótko mówiąc: każdy kij ma dwa końce.
A dla maniaków kupowania książek, w razie gdybyście jeszcze nie wiedzieli, czemu to robicie:
"Od lat tam chodzę i zawsze wyszperam książkę, której szukam - oraz trzy inne, o których nie miałam pojęcia, że chcę je nabyć".
I już jasne, skąd te pełne półki.
"Stowarzyszenie..." urzekło mnie tytułem. Bo każdy powód jest dobry, żeby sięgnąć po książkę. I tak samo każdy powód jest dobry, żeby opowiedzieć ciekawą historię.
Kiedy po kilkunastu stronach zwątpiłam w formę powieści w listach, zdałam sobie sprawę, że inaczej niechybnie by mnie mnie te historie zanudziły. Inaczej wygląda niepohamowany niczym potok słów bezpośredniego spotkania, inaczej ograniczony bólem piszącej ręki list.
Takie sobie życie w niełatwych czasach. Bez pretensji, bez rwania szat i wypłakiwania oczu. Wycinki wojennego Londynu i małej brytyjskiej wyspy, na której swoje losy dzielili jej mieszkańcy z okupującymi ją Niemcami. Krótko mówiąc: każdy kij ma dwa końce.
A dla maniaków kupowania książek, w razie gdybyście jeszcze nie wiedzieli, czemu to robicie:
"Od lat tam chodzę i zawsze wyszperam książkę, której szukam - oraz trzy inne, o których nie miałam pojęcia, że chcę je nabyć".
I już jasne, skąd te pełne półki.
piątek, 1 lipca 2016
Heaven. Miasto elfów Christoph Marzi
Nie chciałabym skrzywdzić książki dla młodzieży, oceniając ją przez pryzmat swojego dorosłego oka. Ale zbyt często miałam wrażenie, że to bajka dla tych nastolatków, które nie wnikają w szczegóły. Nie widzę usprawiedliwienia dla drobnych nieścisłości, jak na przykład ta, w której starszą panią można podobno spotkać w antykwariacie o każdej porze dnia i nocy, a która jednocześnie pół strony później okazuje się chodzić spać regularnie o ósmej. Podobnie, walijskie i szkockie firmy nie są angielskie - tylko brytyjskie.
Ponadto kilkukrotnie pada jakiś komentarz, teoria czy stwierdzenie, którym brakuje podstaw, a Ty, czytelniku, zastanawiaj się, czy to Twój brak wiedzy, czy po prostu niezgrabnie skonstruowane zdanie.
Miałam wrażenie, jakbym czytała streszczenie czegoś przewidzianego na kilkutomową historię lub scenariusz filmu: wyjaśnienia przychodzą za szybko, zbyt łatwo i pozostawiają zbyt wiele pytań.
Krótko mówiąc, fajny pomysł z kiepskim wykonaniem.
Ponadto kilkukrotnie pada jakiś komentarz, teoria czy stwierdzenie, którym brakuje podstaw, a Ty, czytelniku, zastanawiaj się, czy to Twój brak wiedzy, czy po prostu niezgrabnie skonstruowane zdanie.
Miałam wrażenie, jakbym czytała streszczenie czegoś przewidzianego na kilkutomową historię lub scenariusz filmu: wyjaśnienia przychodzą za szybko, zbyt łatwo i pozostawiają zbyt wiele pytań.
Krótko mówiąc, fajny pomysł z kiepskim wykonaniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






